zatrzymajmy się, zatańczymy dwa tańce w koronach drzew
w kolorach snów o cierpliwości, pokoju, dostojnej sile zwykłych chwil
zatrzymajmy się, popatrzmy w siebie wirujesz ty wiruję ja
w bezmiarze potęg miłości
spadamy ze świata
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą także rymuję. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą także rymuję. Pokaż wszystkie posty
burzowa pełnia
dotykiem przeszłości kiedy stworzono mnie z twego żebra
kiedy mamiłam cię już w łonie świata trującymi owocami
gdy kochałeś obłędnie spuszczałeś kwas na twarz zabijałeś honorowo
gdy kołysałeś moje dziecięce serce tuliłeś do lepszego snu
zjadłabym cię zalizała zadusiła z pożądania
wściekle drąc się dziko rycząc nawołując wniebogłosy
polewałabym cię sokiem z serca maku i piołunu
ssałabym twe usta oczy a ze zmarszczek piła sny
spływam ostrą krwią czerwone mazy kwitną wkoło
kiedy mamiłam cię już w łonie świata trującymi owocami
gdy kochałeś obłędnie spuszczałeś kwas na twarz zabijałeś honorowo
gdy kołysałeś moje dziecięce serce tuliłeś do lepszego snu
zjadłabym cię zalizała zadusiła z pożądania
wściekle drąc się dziko rycząc nawołując wniebogłosy
polewałabym cię sokiem z serca maku i piołunu
ssałabym twe usta oczy a ze zmarszczek piła sny
spływam ostrą krwią czerwone mazy kwitną wkoło
analiza vs diagnoza
do boga wzdycha się wieczorami, maluje się go kolorami bez nazwy
jest silny, po przejściach, macerował się długo
patrzy, podziwia, słucha, ideał po terapii
bóg nosi bluzę z kapturem. boski typ luźny
i okulary. boski typ wie
bóg daje siłę i moc, pozwala być sobą lepszą, pozwala się lubić
prowokuje, by odzyskać szósty zmysł
depozytariusz doświadczenia
do boga wzdycha się wieczorami, wekuje go z truskawkami
idealny bóg ma prawo jazdy i oczy pod pachami
mózg w brzuchu, jak u Lema, mutacja życia tu i teraz
do boga woła się w owulację, tkanka podskórna łypie na boga
tyka zegar ciała, zmarszczki na kolanach, promienie rozstępów
siedzieliśmy cicho, ja zbierałam korzenie, on polował z dzidą
szybko się rozwinęliśmy, opanowaliśmy niechcący planetę
jest silny, po przejściach, macerował się długo
patrzy, podziwia, słucha, ideał po terapii
bóg nosi bluzę z kapturem. boski typ luźny
i okulary. boski typ wie
bóg daje siłę i moc, pozwala być sobą lepszą, pozwala się lubić
prowokuje, by odzyskać szósty zmysł
depozytariusz doświadczenia
do boga wzdycha się wieczorami, wekuje go z truskawkami
idealny bóg ma prawo jazdy i oczy pod pachami
mózg w brzuchu, jak u Lema, mutacja życia tu i teraz
do boga woła się w owulację, tkanka podskórna łypie na boga
tyka zegar ciała, zmarszczki na kolanach, promienie rozstępów
siedzieliśmy cicho, ja zbierałam korzenie, on polował z dzidą
szybko się rozwinęliśmy, opanowaliśmy niechcący planetę
słowa też gwałcą
internetowe bezmózgowie. puste i zbyt małe główki na rozum
pseudo-hodowla ludzi. zakład betoniarski. ludzie to pomyłka
przykro mi boże żeś sobie nas takich ulepił
dobrze że jeszcze mam gdzie przedawkować zieleń
dobrze że jeszcze mam z kim oddychać powietrzem
pseudo-hodowla ludzi. zakład betoniarski. ludzie to pomyłka
przykro mi boże żeś sobie nas takich ulepił
dobrze że jeszcze mam gdzie przedawkować zieleń
dobrze że jeszcze mam z kim oddychać powietrzem
wędzarnia
księżyc znów w rybie,
śniło mi się, że pisałam. pisałam dużo, wspierana przez współpasażerki
pisałam co się czuje co się wie
i przez otwarte szklane drzwi wchodziłam do innego domu
spał mężczyzna żyzny brodaty w poduchach kołdrach, okrywany pieczołowicie przez panią Basię
pani Basia siedziała w kącie i nie wierzyła własnym oczom
miałam dziecko, Jasia miałam ugrzecznionego wbrew rzeczywistości wczorajszej
rozmyślam o kręgu świata i pępku
że to jedno i to samo i jest tu i jest teraz
wędzarnie zbuduję
uwędzę gruszki na zimę
śniło mi się, że pisałam. pisałam dużo, wspierana przez współpasażerki
pisałam co się czuje co się wie
i przez otwarte szklane drzwi wchodziłam do innego domu
spał mężczyzna żyzny brodaty w poduchach kołdrach, okrywany pieczołowicie przez panią Basię
pani Basia siedziała w kącie i nie wierzyła własnym oczom
miałam dziecko, Jasia miałam ugrzecznionego wbrew rzeczywistości wczorajszej
rozmyślam o kręgu świata i pępku
że to jedno i to samo i jest tu i jest teraz
wędzarnie zbuduję
uwędzę gruszki na zimę
księżyc w rybie
jak to nocą, szuka się czegoś sensownego. szpera się we wspomnieniach, próbuje się znaleźć odpowiedzi dlaczego się śni. wędruje się po latach pełnych zabiegania o względy, spienionych rozczarowaniami. sięga się niuansów, które rzekomo nic nie znaczą. odbija się kserokopiarką życia te same uczucia. euforyczne nie znajdują zrozumienia, podtopione wstydem i zażenowaniem. desperacko pogniecione euforie prawie nic nieznaczących miłostek.
.
łowicka wycinanka, tym razem w formie turkusowej taśmy na żebrach, nieodklejona jeszcze od unieruchomienia, przestaje spełniać swoją naciągającoprzeciwbólową funkcję. gdy ziewam, tułów staje się balonem na skraju pęknięcia, tłuką się w nim cząstki człowieka i strachu.
dziś znów skończył się świat. kilkaset oddechów zbyt mocno przygniotło poczucie bycia. poczucie bycia skręcone w pół.
jestem pierdoloną królową, którą się traktuje jak niepełnosprawną. łatwo przy mnie wymigać się od odrabiania pracy domowej, bo ciągle widzę wyjście/światło/nadzieję/rozwiązanie/szansę. chcesz iść razem naprzód? to chodź. uporządkuj śmieci i zostaw dłubanie we wspomnieniach, bo nigdy nie zaczniesz naprawdę żyć.
kiedyś byłam przytułkiem dla emocjonalnych kalek. łatwo wpaść w popłoch przy mnie, bo się czepiam, zrzędzę, złoszczę, nazywam, celuję. wiem, czego chcę. ale już nie jestem przytułkiem dla emocjonalnych kalek. teraz jestem sobą dla siebie i jeśli ktoś mnie ciągnie w dół, to go odcinam rachu ciachu i po strachu.
śniła mi się kuzynka Magda, miała koronkową bluzeczkę z ozdobnymi haftami wkoło dziur na sutki.
za nami nów w wodniku. wizyjny.
widziałam siebie ze złotym zębem na przedzie, Rhett piekł chleb w piecu chlebowym. było ciepło.
dziś znów skończył się świat. kilkaset oddechów zbyt mocno przygniotło poczucie bycia. poczucie bycia skręcone w pół.
jestem pierdoloną królową, którą się traktuje jak niepełnosprawną. łatwo przy mnie wymigać się od odrabiania pracy domowej, bo ciągle widzę wyjście/światło/nadzieję/rozwiązanie/szansę. chcesz iść razem naprzód? to chodź. uporządkuj śmieci i zostaw dłubanie we wspomnieniach, bo nigdy nie zaczniesz naprawdę żyć.
kiedyś byłam przytułkiem dla emocjonalnych kalek. łatwo wpaść w popłoch przy mnie, bo się czepiam, zrzędzę, złoszczę, nazywam, celuję. wiem, czego chcę. ale już nie jestem przytułkiem dla emocjonalnych kalek. teraz jestem sobą dla siebie i jeśli ktoś mnie ciągnie w dół, to go odcinam rachu ciachu i po strachu.
śniła mi się kuzynka Magda, miała koronkową bluzeczkę z ozdobnymi haftami wkoło dziur na sutki.
za nami nów w wodniku. wizyjny.
widziałam siebie ze złotym zębem na przedzie, Rhett piekł chleb w piecu chlebowym. było ciepło.
odzyskana
Można prowadzić dzienniczki. Ucznia i uczuć. Codziennie fragment
siebie zlewać przez sitko do odpływu wprost do szamba słów. Odcedzić.
Odzyskać. Zrecyklingować. Użyć. Ulżyć. A co trzeba, zrugać i strącić jak
popiół z papierosa. Rzadko kto pamięta, a tym bardziej nikt się nie
rozczula nad takim popiołem. Pojęcie pustki jest niczym innym jak
kolorowym ptaszyskiem, skrzeczącym znad zastawionego szwedzkimi
przysmakami stołu. Gdaka, pieje, pastwi się dźwiękami, zamykamy oczy w
najszczelniejszym uścisku. Zatykamy uszy. Serca kołyszą się do złego
snu.
Pstryk.
Najpierw sąsiedzi zwracają uwagę, jakąś taką spode łba wystającą, nadąsaną, wąsatą. Potem pan Krystek w sklepie porazi zawstydzającą oceną. A potem przyjaciele. Bo przyjaciół po to się ma, żeby nie szczędzili krytyki. Pochwały należy w majtki schować i po cichu używać ich do masturbacji celem wybielenia się przed samym sobą, samą sobą. Więc krytyki mi daj, bo już jestem gotowa. Stanęłam, przecież widzę, że stoję, że głowę mam wysoko, że nogi mam na ziemi. Żonkil rozpościera żółte uda płatków wprost do światła. Siła tkwi w odkryciu słabości, ależ to banał jest, bym się wstydziła, że dopiero dziś, że dopiero u progu chrystusowego.
Pstryk.
- Zdjęcie mi robisz?
- Yhy.
- Ale nie rób mi zdjęcia, jak się tak nie zdążyłam ufryzować.
- Yhy.
- Pokaż?
- Yhy.
- Ty no weź, skasuj to, poczekaj, poprawię pejs, fałdę, fejs.
- Yhy.
- Skasowałaś?
- Yhy.
- No to rób teraz. Dobrze? Wyglądam dobrze?
- Yhy.
Pstryk.
Sięgasz prawdy o sobie. Nurkujesz w czeluści zła, cierpienia, najgorszości – nikt nie miał w życiu gorzej i nigdy mieć nie będzie, bo ty właśnie teraz doświadczasz najczarniejszej z czarnych chwil, najbagienniejszych z bagiennych, smrodu nad smrody, nawet świnie w hodowli mają lepiej, bo chociaż ktoś ukróci za chwilę ich męki. Już wszystkich swoich bliskich za sobą wciągnęłaś. Już jesteście tam razem, już jesteś szczęśliwa, bezpieczna, płyniesz, rynsztok, kompost, gówno, mięso, wymiociny kibiców Legii – parówką, hambuksem, piccą, browarem, wódą, parówką. Jest dobrze.
Pstryk.
- No mała, podaj rękę. No wyżej, weź się wysil. Jeszcze kawałek.
- Nie mam siły.
- Ja też nie mam, więc oszczędź, podaj tylko rękę.
- To ty?
- To ty.
Pstryk.
Kiedy ostatnio odczepiłaś zardzewiały haczyk, co już dostatecznie zaropiał ranę? Dziś jest twój dzień. Wstań i idź. Nic tu po tobie, nikogo nie ma, nikt się tobą już nie przejmie. Nie ma słabości. Ta słabość to moc, ta pustka gdaka, pieje, ma tysiącbarwne pióra i śpiewa twoją ulubioną piosenkę ze snu.
Pstryk.
Najpierw sąsiedzi zwracają uwagę, jakąś taką spode łba wystającą, nadąsaną, wąsatą. Potem pan Krystek w sklepie porazi zawstydzającą oceną. A potem przyjaciele. Bo przyjaciół po to się ma, żeby nie szczędzili krytyki. Pochwały należy w majtki schować i po cichu używać ich do masturbacji celem wybielenia się przed samym sobą, samą sobą. Więc krytyki mi daj, bo już jestem gotowa. Stanęłam, przecież widzę, że stoję, że głowę mam wysoko, że nogi mam na ziemi. Żonkil rozpościera żółte uda płatków wprost do światła. Siła tkwi w odkryciu słabości, ależ to banał jest, bym się wstydziła, że dopiero dziś, że dopiero u progu chrystusowego.
Pstryk.
- Zdjęcie mi robisz?
- Yhy.
- Ale nie rób mi zdjęcia, jak się tak nie zdążyłam ufryzować.
- Yhy.
- Pokaż?
- Yhy.
- Ty no weź, skasuj to, poczekaj, poprawię pejs, fałdę, fejs.
- Yhy.
- Skasowałaś?
- Yhy.
- No to rób teraz. Dobrze? Wyglądam dobrze?
- Yhy.
Pstryk.
Sięgasz prawdy o sobie. Nurkujesz w czeluści zła, cierpienia, najgorszości – nikt nie miał w życiu gorzej i nigdy mieć nie będzie, bo ty właśnie teraz doświadczasz najczarniejszej z czarnych chwil, najbagienniejszych z bagiennych, smrodu nad smrody, nawet świnie w hodowli mają lepiej, bo chociaż ktoś ukróci za chwilę ich męki. Już wszystkich swoich bliskich za sobą wciągnęłaś. Już jesteście tam razem, już jesteś szczęśliwa, bezpieczna, płyniesz, rynsztok, kompost, gówno, mięso, wymiociny kibiców Legii – parówką, hambuksem, piccą, browarem, wódą, parówką. Jest dobrze.
Pstryk.
- No mała, podaj rękę. No wyżej, weź się wysil. Jeszcze kawałek.
- Nie mam siły.
- Ja też nie mam, więc oszczędź, podaj tylko rękę.
- To ty?
- To ty.
Pstryk.
Kiedy ostatnio odczepiłaś zardzewiały haczyk, co już dostatecznie zaropiał ranę? Dziś jest twój dzień. Wstań i idź. Nic tu po tobie, nikogo nie ma, nikt się tobą już nie przejmie. Nie ma słabości. Ta słabość to moc, ta pustka gdaka, pieje, ma tysiącbarwne pióra i śpiewa twoją ulubioną piosenkę ze snu.
przesilenie styczniowe
Przewietrzyłam się. Dla dobra sprawy. Mojej.
Z jednej strony ciemięstwo własne, pozwolenie sobie na sprowadzenie do zera poczucia się. Z drugiej filar bezpieczeństwa, powróciłam na łono dobroci i otwartego serca. Z tego nieposzanowania własnego większego ja, przyszło mi teraz obserwować, jak się godzi w mój miękki brzuch, w moje zastygnięte bólem prawe ramię. Zerwać zrosty. Na poziomie doczesności, tak nazywam pożółkłe kartki codzienności, zmagam się ze swoim wybujałym pragnieniem bycia ważną dla kogoś. Na poziomie bytu, tak nazywam szerokie spektrum swojej rzeczywistości, jestem ważna sama sobie, najważniejsza i to dookreśla moją przyjaźń, miłość, przestrzeń i czas dla siebie i innych. Byleby tylko nie dać się kanałowi doczesności. Byleby tylko mieć guzik bezpieczeństwa, że w razie co naciskam i już jestem u siebie ze sobą. Czasem takiego rodzaju kanały nazywam koleinami. Zależy jak się leży. Wiem jak to jest spaść w koleinę i zamiast swoją drogą kroczyć cudzą, niewygodną, źle skrojoną, źle wykafelkowaną. Cudza droga to ta, kiedy nie słuchamy swego bucha z brzucha i zbaczamy, kierując się w głąb powinności czy norm, do ustaleń których nikt nas nie zapraszał. Z własnych pragnień wyzbycia się swojej przeszłości i odkrycia nowych pokładów stabilności i stałości idziemy za głosem nie swoim, a tychże norm właśnie, skostniałych zasad, skonstruowanych i tak silnie wspieranych przez przestraszonych racjonalistów i wyznawców wszelakich sakramentów ze skrajnych, ortodoksyjnych prawd o życiu. Najgorszy jest strach i czekanie.
We śnie byłam w domu, w którym mieszkałam przez ponad rok. Dom był pusty, a człowiek, z którym snułam bajkę o życiu zamknął mnie w pokoju i karmił swoimi paznokciami. Kazał oglądać film na wyświetlaczu, horror, w którym tasaki, w kształcie przypominające wiatrak, powoli cięły człowieka na kawałki. Ciach, ciach, odkrajały po kawałku ciało. Krew się lała. Bałam się.
Oblubieniec Drapieżca. Psychika wyciąga korek, zalewa falą alarmu.
Kolejna noc to ciąg dalszy wypełniania pustki, zaropiałej, zawilgoconej dziury, która poszerzała się przez lata. Zalepianie tęsknoty, do czego używam kleju z dotyku, słów, głębokich spojrzeń w oczy. Wylizać, wyssać czas. Pieczołowicie odgruzować zaufanie, stargane zbaczaniem z drogi, skropione żądzą posiadania wszystkiego co najlepsze, wyściełane nieustannym poszukiwaniem siebie takiej, która nie pamięta krzywd ani zadanych, ani zadawanych.
Jechałam przez zaśnieżony las, las z mojego dzieciństwa, tam gdzie się na grzyby chodziło z rodzicami. I jako dziecko marzyłam, żeby w tym lesie stała czerwona kanapa. I co? W lesie stoi czerwona kanapa. Przykryta czapą śniegu, czerwień ledwo wystaje spod najczystszej na świecie bieli. Pośród sosen, przy drodze, stoi czerwona kanapa. Mama mówi, spójrz, ktoś wyrzucił tu kanapę. Moja kochana mamo, moja przyjaciółko, moja ochrono, moja osłono, moja bogini mocy, spełniło się moje szczenięce marzenie, spełniło się przy tobie, spełniło się w momencie, gdy dobrze wiem, że trzeba uważać o czym się marzy, w momencie, w którym pozwoliłam byś urodziła mnie na nowo.
Z jednej strony ciemięstwo własne, pozwolenie sobie na sprowadzenie do zera poczucia się. Z drugiej filar bezpieczeństwa, powróciłam na łono dobroci i otwartego serca. Z tego nieposzanowania własnego większego ja, przyszło mi teraz obserwować, jak się godzi w mój miękki brzuch, w moje zastygnięte bólem prawe ramię. Zerwać zrosty. Na poziomie doczesności, tak nazywam pożółkłe kartki codzienności, zmagam się ze swoim wybujałym pragnieniem bycia ważną dla kogoś. Na poziomie bytu, tak nazywam szerokie spektrum swojej rzeczywistości, jestem ważna sama sobie, najważniejsza i to dookreśla moją przyjaźń, miłość, przestrzeń i czas dla siebie i innych. Byleby tylko nie dać się kanałowi doczesności. Byleby tylko mieć guzik bezpieczeństwa, że w razie co naciskam i już jestem u siebie ze sobą. Czasem takiego rodzaju kanały nazywam koleinami. Zależy jak się leży. Wiem jak to jest spaść w koleinę i zamiast swoją drogą kroczyć cudzą, niewygodną, źle skrojoną, źle wykafelkowaną. Cudza droga to ta, kiedy nie słuchamy swego bucha z brzucha i zbaczamy, kierując się w głąb powinności czy norm, do ustaleń których nikt nas nie zapraszał. Z własnych pragnień wyzbycia się swojej przeszłości i odkrycia nowych pokładów stabilności i stałości idziemy za głosem nie swoim, a tychże norm właśnie, skostniałych zasad, skonstruowanych i tak silnie wspieranych przez przestraszonych racjonalistów i wyznawców wszelakich sakramentów ze skrajnych, ortodoksyjnych prawd o życiu. Najgorszy jest strach i czekanie.
We śnie byłam w domu, w którym mieszkałam przez ponad rok. Dom był pusty, a człowiek, z którym snułam bajkę o życiu zamknął mnie w pokoju i karmił swoimi paznokciami. Kazał oglądać film na wyświetlaczu, horror, w którym tasaki, w kształcie przypominające wiatrak, powoli cięły człowieka na kawałki. Ciach, ciach, odkrajały po kawałku ciało. Krew się lała. Bałam się.
Oblubieniec Drapieżca. Psychika wyciąga korek, zalewa falą alarmu.
Kolejna noc to ciąg dalszy wypełniania pustki, zaropiałej, zawilgoconej dziury, która poszerzała się przez lata. Zalepianie tęsknoty, do czego używam kleju z dotyku, słów, głębokich spojrzeń w oczy. Wylizać, wyssać czas. Pieczołowicie odgruzować zaufanie, stargane zbaczaniem z drogi, skropione żądzą posiadania wszystkiego co najlepsze, wyściełane nieustannym poszukiwaniem siebie takiej, która nie pamięta krzywd ani zadanych, ani zadawanych.
Jechałam przez zaśnieżony las, las z mojego dzieciństwa, tam gdzie się na grzyby chodziło z rodzicami. I jako dziecko marzyłam, żeby w tym lesie stała czerwona kanapa. I co? W lesie stoi czerwona kanapa. Przykryta czapą śniegu, czerwień ledwo wystaje spod najczystszej na świecie bieli. Pośród sosen, przy drodze, stoi czerwona kanapa. Mama mówi, spójrz, ktoś wyrzucił tu kanapę. Moja kochana mamo, moja przyjaciółko, moja ochrono, moja osłono, moja bogini mocy, spełniło się moje szczenięce marzenie, spełniło się przy tobie, spełniło się w momencie, gdy dobrze wiem, że trzeba uważać o czym się marzy, w momencie, w którym pozwoliłam byś urodziła mnie na nowo.
niedotknięte dłonie
Czuć. Nosem i brzuchem. Głęboko i szczodrze. Czuć znad czasu, znad
dotychczasowości, z kosmosu. Tuba dwutlenku węgla zabrała mnie w
sześciogodzinną podróż po kalendarzu bez kartek. Zegar strącał ostatnie
niedopowiedzenia. Przeprosić, wybaczyć, zrozumieć, doznać, przyjąć,
ofiarować. Się. Na śniadania i kolacje każdego dnia, a przynajmniej
pośród zakątków z grzanym winem pomiędzy posiłkami. Roztop. Ulicami
płyną statki pełne marzeń, a w nich ludzie pełni skostnień. Roztop.
Topnieje śnieg, topnieje ból, topnieje wrogość. Stała współrzędna wyszła
na prowadzenie. Goni ją zmienna, ale nikłe ma szanse. Puchar należy do
dwójki wymienionej w przepisie na życie, a nie na ucieczkę.
odświeżyć stronę
Stoi i patrzy. Ma zaspane oczy, w których zamieszkała radość.
Wysiadam, zakręcając wkoło szyi chustę i koc. Wita się dosyć
standardowo, ale jest w tym przywitaniu coś bardziej stałego niż
przyzwyczajenie. Pachnie świętością. Witam się z lekkim niedowierzaniem i
wstydem, więc nie mogę w pełni odczuć chwili. Tam są tysiące mew, dwa
perkozy i dwa czarne z żółtymi dziobami, kaczkowate, nie pamiętam nazwy.
Sople lodu budzą podobną ilość wspomnień, co białe świece. Duże sople
lodu i kolorowe kamyki na zziębniętym piasku podrygują we wspomnieniach
niesionych przez ludzi. Tak bardzo jadę na koniu przez tę pustą plażę w
śniegu, że aż marzenia się spełniają. Że ten koń pode mną wali kopytami o
fale. Zważaj na marzenia. Bo się spełniają w imię życia, które jest
doskonałym sojusznikiem.
Jednodniowy strzał. Staliśmy i patrzyliśmy na mewy, tysiące mew nad brzegiem morza. Wiatr niósł śnieg, śnieg układał zaspy, zaspy tworzyły małe ruchome wydmy. Ładnie było, spokojniej niż bladym świtem, gdy nie trzeba nic, a na horyzoncie pusta przestrzeń na ciąg dalszy.
Jednodniowy strzał. Staliśmy i patrzyliśmy na mewy, tysiące mew nad brzegiem morza. Wiatr niósł śnieg, śnieg układał zaspy, zaspy tworzyły małe ruchome wydmy. Ładnie było, spokojniej niż bladym świtem, gdy nie trzeba nic, a na horyzoncie pusta przestrzeń na ciąg dalszy.
krwisty ciąg
Jam jest pan bóg twój który cię wkleił do łóżka z bólem. Jam jest krew
twoja i zapamiętaj mnie dobrze, wszak spływać ci będę cyklem księżyca i
przypominać o milionach kobiet, które trzeba odnowić, uratować, wzmocnić
i wzbogacić o wiedzę. Jam jest pan bóg twój a właściwie bogini, ale pan
bóg twój brzmi lepiej. Zachowuj mnie i pielęgnuj, nie zapomniaj, nie
beszcześć, nie wylewaj mnie do kibla ni do zlewu, chyba że masz
nieszczelne szambo. Jam jest pan bóg twój i oddawaj mi cześć jako ci
przykazania nakazują i nie waż się odstąpić ani na krok, bo nogi ci
zdrętwieją, plecy zawyją bezlitosnym bólem, a macica wypompuje skrzepy
wielkości dłoni, koloru wątróbki wołowej. I będziesz błagać o termofor,
który nie stygnie nigdy. I będziesz błagać o czekoladę i gorącą herbatę.
O sen i rękę, która leczy.
o wieprzowym klopsie i ofierze z siebie
We śnie byłam głośnikiem. Przykrytym kocem głośnikiem basowym. Grzmiałam
i miało to jakiś głębszy sens. Przez półtora roku żyłam w szponach
zależności, na którą dobrowolnie przyzwoliłam nie mając bladego pojęcia
co ukrywam, przed kim, kogo krzywdzę i jaka potężna jest moc zbroi
rycerskiej, by miękkiego brzuszka nikomu nie pokazać.
Ten sen był w zeszłym roku. Zeszły rok zrywam z impetem, wydłubując jedynie niezbędne doświadczenia. Czuję się po królewsku. Uwielbiam palić papierosa w łóżku, mieć laptop na kolanach, koc na ramionach i błogi stan świadomości. Instynkt mam, vivat instynkt. Dziś nagi.
We śnie spotkałam Kasię Nosowską w autobusie. Powiedziała mi, że chciałaby mieć taką menadżerkę jak ja i miała bardzo mocno ściśnięte w kitkę włosy. Chciałam je poluzować, ale wiedziałam, że ona sama musi tego chcieć. Rozprawiałyśmy o tym, że jak się nie cierpi, to się nie tworzy. Dlatego nie piszę tekstów, nie śpiewam. Mówiła, że zazdrości mi spokoju i luźnego koka.
Ten sen był w sylwestrową noc. Dzisiejszą. Tuż po bitwie na petardy, którą obserwowałam z łóżka. Przez okno wpadało bez liku niebieskawych migawek i hałasu. Prawdziwie wstrząśnięta męskość podwarszawskich uliczek. Sylwestrowa noc w popłochu i rywalizacji. A mówią, że się cieszą. Cieszą się, jasne, ale czy oby myślą, wątpliwa sprawa. Zasnęłam spokojnie w towarzystwie królowej z zachodniego brzegu miasta.
Przyśnione kobiety to cienie. Cień za cieniem kładzie się niczym dywan puchaty. Stąpam powoli, spędzam na analizie kolejne dni. Żyję. Wróciłam z wojny. Jestem i mam nieodpartą chęć napisania, że mam się najlepiej na świecie.
Ten sen był w zeszłym roku. Zeszły rok zrywam z impetem, wydłubując jedynie niezbędne doświadczenia. Czuję się po królewsku. Uwielbiam palić papierosa w łóżku, mieć laptop na kolanach, koc na ramionach i błogi stan świadomości. Instynkt mam, vivat instynkt. Dziś nagi.
We śnie spotkałam Kasię Nosowską w autobusie. Powiedziała mi, że chciałaby mieć taką menadżerkę jak ja i miała bardzo mocno ściśnięte w kitkę włosy. Chciałam je poluzować, ale wiedziałam, że ona sama musi tego chcieć. Rozprawiałyśmy o tym, że jak się nie cierpi, to się nie tworzy. Dlatego nie piszę tekstów, nie śpiewam. Mówiła, że zazdrości mi spokoju i luźnego koka.
Ten sen był w sylwestrową noc. Dzisiejszą. Tuż po bitwie na petardy, którą obserwowałam z łóżka. Przez okno wpadało bez liku niebieskawych migawek i hałasu. Prawdziwie wstrząśnięta męskość podwarszawskich uliczek. Sylwestrowa noc w popłochu i rywalizacji. A mówią, że się cieszą. Cieszą się, jasne, ale czy oby myślą, wątpliwa sprawa. Zasnęłam spokojnie w towarzystwie królowej z zachodniego brzegu miasta.
Przyśnione kobiety to cienie. Cień za cieniem kładzie się niczym dywan puchaty. Stąpam powoli, spędzam na analizie kolejne dni. Żyję. Wróciłam z wojny. Jestem i mam nieodpartą chęć napisania, że mam się najlepiej na świecie.
chleb ze słowami
Chciałam uwagi. Po kolei układałam w koszu sny. No nie wyszło,
bo kobieta to musi się wygiąć w chiński igrek by się poczuć. Bez sensu.
Ani ten chłop tego nie widzi, ani tym bardziej nie doceni. A kysz. Teraz
to palić fajki i gmerać w sobie. Nie, żebym jakoś szczególnie chciała
batożyć język ojczysty i pisać o zlizywaniu wydzielin, ale pogmerać to
każdy i każda sobie lubi. Ciut, ciut. Byleby światło zgasło. Pstryk
iskierka zgasła.
Pisząc książkę trudno jest się skupić. Koniec świata, rachunek za gaz, nakarmić zwierzęta, nakarmić nowe dziecko warzywną zupką bez przypraw, zarobić pieniądze, zamki krzyżackie, wniosek na kolejne półrocze, pojechać do onkologa, ortopedy, rehabilitanta, terapeutki i do koleżanki obejrzeć Irinę Palm. Wypić dziesięć herbat. Zjeść ciepłą kolację. Minus dwanaście, nów. Idę lasem, jest pięknie. Czego więcej chcieć? Przecież już lecę, unoszę się, mam siłę, skrzydła, dziób, szalik i czapkę. Mamę, tatę, przyjaciółki, największe dłonie świata. Tata to nawet ozdabia mnie mocą swą, jestem świątecznym drzewkiem mocy. Pytam go, a on mnie wtedy ozdabia i jestem ozdobą. Taki układ pierworodny z żony jego. Wahadełko powiedziało, że nie on był moim ojcem. No ale karty mówiły, że mam szczęśliwy związek.
Jestem jak krawędź żeliwnej belki i jak mysz spod miotły. Mam dobierany warkocz, jestem z krwi i kości polska dziewucha ze wsi. Pod kiecką chowam ziemniaki z cebulą. Na grzyba używam czosnku, na spierzchnięte usta tłuszczu z konia. W mankietach niedzielnej koszuli skrywam rybią łuskę, a między palcami brud. I jak na prawdziwą damę przystało palę papierosa z rurki jak Coco i Piaf. Opis człowieka pomiędzy wystraszoną brakiem bliskości pacjentką kliniki chorób cywilizacyjnych, a zimną suką doświadczoną porachunkami z mokrą i śliską rzeczywistością. Ą.
Kiedy noc płata figle? W nocy. Płatami odchodzi figiel za figlem i zero w tym rozumu. Sam deserek z serduszka, bez polewy. Tęsknić można tylko za uśmiechem kogoś stałego.
Pisząc książkę trudno jest się skupić. Koniec świata, rachunek za gaz, nakarmić zwierzęta, nakarmić nowe dziecko warzywną zupką bez przypraw, zarobić pieniądze, zamki krzyżackie, wniosek na kolejne półrocze, pojechać do onkologa, ortopedy, rehabilitanta, terapeutki i do koleżanki obejrzeć Irinę Palm. Wypić dziesięć herbat. Zjeść ciepłą kolację. Minus dwanaście, nów. Idę lasem, jest pięknie. Czego więcej chcieć? Przecież już lecę, unoszę się, mam siłę, skrzydła, dziób, szalik i czapkę. Mamę, tatę, przyjaciółki, największe dłonie świata. Tata to nawet ozdabia mnie mocą swą, jestem świątecznym drzewkiem mocy. Pytam go, a on mnie wtedy ozdabia i jestem ozdobą. Taki układ pierworodny z żony jego. Wahadełko powiedziało, że nie on był moim ojcem. No ale karty mówiły, że mam szczęśliwy związek.
Jestem jak krawędź żeliwnej belki i jak mysz spod miotły. Mam dobierany warkocz, jestem z krwi i kości polska dziewucha ze wsi. Pod kiecką chowam ziemniaki z cebulą. Na grzyba używam czosnku, na spierzchnięte usta tłuszczu z konia. W mankietach niedzielnej koszuli skrywam rybią łuskę, a między palcami brud. I jak na prawdziwą damę przystało palę papierosa z rurki jak Coco i Piaf. Opis człowieka pomiędzy wystraszoną brakiem bliskości pacjentką kliniki chorób cywilizacyjnych, a zimną suką doświadczoną porachunkami z mokrą i śliską rzeczywistością. Ą.
Kiedy noc płata figle? W nocy. Płatami odchodzi figiel za figlem i zero w tym rozumu. Sam deserek z serduszka, bez polewy. Tęsknić można tylko za uśmiechem kogoś stałego.
na bezliku
Sapie, szybko zasypia. Spaniel z romantycznym marzeniem o życiu jak w filmie o miłości.
Z zimna cierpną stopy. Ze wzruszeń cierpną powieki. Otwarłam wrota wrażliwości na słowa i obrazy. Docieram wiadrem do studni, przebijam szlam. Muszę wiercić. Wiercę więcej. Jest woda. Wybija źródełko. Jeszcze raz docieram wiadrem. Jest woda. Pitna. Piję. Nie do dna.
Ból wykręcił mi rękę, wykrzywił twarz. No idźże precz, wołam i wołam. Się przypiął. Się przyssał.
Z zimna cierpną stopy. Ze wzruszeń cierpną powieki. Otwarłam wrota wrażliwości na słowa i obrazy. Docieram wiadrem do studni, przebijam szlam. Muszę wiercić. Wiercę więcej. Jest woda. Wybija źródełko. Jeszcze raz docieram wiadrem. Jest woda. Pitna. Piję. Nie do dna.
Ból wykręcił mi rękę, wykrzywił twarz. No idźże precz, wołam i wołam. Się przypiął. Się przyssał.
kara za niewinność
Ciąża trwała 9 miesięcy. Od wyroku 24 kwietnia, do ostatecznego
wyswobodzenia w grudniu, nie wiadomo którego dnia dokładnie. Mijała w
rytmie niesamowitym, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Strachy zza
ramion wychylały jak w koszmarze sennym. Nogi miękły i zapadały się w
grząski grunt wspomnień łamanych z idealistycznymi marzeniami o królowej
życia. Cesarzowej swojego bytu z uwzględnieniem tylko smakołyków i
spełnionych życzeń. Życie każdego człowieka musi być owiane serią
spotkań z innymi. To nas czaruje i odczarowuje, to nam rodzi i to nam
zabiera. To jest świat codziennych śmierci i codziennych wskrzeszeń.
Urodziłam dziecko. Przez 9 miesięcy nosiłam w łonie po jednej czwartej
części buntu, nadziei, wiary i złości. To było moje nasienie. Nasienie
spermodawcy składało się kolejno z zaszczucia, tresury, rozczarowania i
lęku. Obydwoje byliśmy spragnieni oceanu namiętności, wierności,
jedności i stałości. Zbuk, a jednak wykluło się miękkie, ciepłe, ładne,
długie włosy, pełne piersi, najwyższa punktacja. Pośrodku pępek.
Ocknęłam się w czasie. Nie przeniosłam ciąży. Rytm życia zachowany. Rozluźniłam mięśnie macicy, naoliwiłam wrota, zjadłam łożysko, popiłam recepturą Xią Szon. Mam dziecko. Dziecko ma wełniany sweterek, kołtun na przydługich włosach i podwójny bilet na podwójny seans filmowy.
Mówi się, że pierwsze cztery związki to nauka, zdobywanie doświadczeń, wzrastanie w swojej mocy, progres. Jeśli się człek nie zadławi kostką zdechłej kury pożądania, chciejstwa i kontroli. Taka kura, nawet zdechła, to jest naprawdę poważna sprawa. Wagi duchowej. Odważniki już zardzewiały nieużywane, więc trzeba szczotą drucianą wyskrobać. Jeszcze jedna aborcja na oczekiwaniu i wybuch. Nowy człowiek w żałobie po starym.
Ocknęłam się w czasie. Nie przeniosłam ciąży. Rytm życia zachowany. Rozluźniłam mięśnie macicy, naoliwiłam wrota, zjadłam łożysko, popiłam recepturą Xią Szon. Mam dziecko. Dziecko ma wełniany sweterek, kołtun na przydługich włosach i podwójny bilet na podwójny seans filmowy.
Mówi się, że pierwsze cztery związki to nauka, zdobywanie doświadczeń, wzrastanie w swojej mocy, progres. Jeśli się człek nie zadławi kostką zdechłej kury pożądania, chciejstwa i kontroli. Taka kura, nawet zdechła, to jest naprawdę poważna sprawa. Wagi duchowej. Odważniki już zardzewiały nieużywane, więc trzeba szczotą drucianą wyskrobać. Jeszcze jedna aborcja na oczekiwaniu i wybuch. Nowy człowiek w żałobie po starym.
przednoc
Rytm uzależnienia Scarlett od Rhetta jest nieludzki. Nieułożone dobrze
ciało cierpi na dwuletni zakwas. Tempo oddechu maksymalizuje się. Po
czasie, gdy się chciało zmienić świat, po omacku we mgle rozbełtywało
się relacje i jedzenie, po ubogim w inteligencję emocjonalną castingu,
po szpalerze usług normalizujących, po operacji i rekonwalescencji,
wreszcie zaczęłam patrzeć w lustro z niebywałym zachwytem. Jestem.
Scarlett wbija pazury w swoją Tarę.
atlas czasu
Serce to jednak sługus jest. Mam różdżkę i białego konia. Jestem
uzależniona od poczucia spełnienia. Na bezdechu. Ćwiczyłam sto razy
zanim wyszłam na scenę. Deski rozmiękły pod moimi stopami. Nic nie
powiedziałam oprócz kurczliwych zgłosek imitujących dobrze dobrane,
lekko szydzące i w dystansie spostrzeżenia. Waliło mi pod gardłem, w
śledzionie i wyschły usta. Znam dobrze ten stan bez możliwości wyjścia.
Jednak wypełniający po samiuśkie brzegi człowieka. Każdy człowiek ma
brzegi, a jak mu się uleje, to robi się kałuża krwista. Kolejna brama
przekroczona.
Dotykając banknotu dwudziestozłotowego w kieszeni, rozsypała się talia kart. Twarz po twarzy. Łza spłynęła powoli. Usiadła na krawężniku i patrzyła na odjeżdżający do domu pociąg. Przełknęła się jakoś i ruszyła dalej w głąb. Musiała zachlapać rękaw, ale nikt nie zauważył, nawet kubki z Bolesławca, te nakrapiane granatem, nic nie widziały. Duża dłoń, dłoń kojarząca się z bezpieczeństwem i wsparciem, jakiego nie zaznałam od nikogo innego, chwyciła mnie za włosy. Musiały być celowo rozpuszczone, żeby mogła wjechać i zaplątać się w nie we mnie niechcący na chwilę na krótką na migot na wstrząs. Emocje nie mają granic ani czasu. Miłość jest jak pięść i jak młot.
Dotykając banknotu dwudziestozłotowego w kieszeni, rozsypała się talia kart. Twarz po twarzy. Łza spłynęła powoli. Usiadła na krawężniku i patrzyła na odjeżdżający do domu pociąg. Przełknęła się jakoś i ruszyła dalej w głąb. Musiała zachlapać rękaw, ale nikt nie zauważył, nawet kubki z Bolesławca, te nakrapiane granatem, nic nie widziały. Duża dłoń, dłoń kojarząca się z bezpieczeństwem i wsparciem, jakiego nie zaznałam od nikogo innego, chwyciła mnie za włosy. Musiały być celowo rozpuszczone, żeby mogła wjechać i zaplątać się w nie we mnie niechcący na chwilę na krótką na migot na wstrząs. Emocje nie mają granic ani czasu. Miłość jest jak pięść i jak młot.
77 wypchanych gołębi
Dostałam stokrotkę od mamy. Z ogródka. Jest 1 grudnia. Rosną stokrotki. Mazowiecka płaszczyzna.
Opisywanie rzeczywistości jest po to, by panikę zapchać. Załadować pranie słów do pralki nudy. Zapętlić żądze i niepohamowane pragnienia odsuwania się od rdzenia. Reakcja na zmęczenie i samotność w rozwoju. Z resztą to samo jest z wypowiadaniem kolejnego pustosłowia. Zapchać. Napchać. Wypchać.
A każdy mężczyzna idzie na łowy. A każda kobieta pije wino z czaszki swojego ex. Narodziny śmierci. Wcielam kolejną siebie. Któraś musi umrzeć.
Dzień dobry państwu. Oglądam z mamą seriale, pijemy herbatę i jemy ciastka.
Opisywanie rzeczywistości jest po to, by panikę zapchać. Załadować pranie słów do pralki nudy. Zapętlić żądze i niepohamowane pragnienia odsuwania się od rdzenia. Reakcja na zmęczenie i samotność w rozwoju. Z resztą to samo jest z wypowiadaniem kolejnego pustosłowia. Zapchać. Napchać. Wypchać.
A każdy mężczyzna idzie na łowy. A każda kobieta pije wino z czaszki swojego ex. Narodziny śmierci. Wcielam kolejną siebie. Któraś musi umrzeć.
Dzień dobry państwu. Oglądam z mamą seriale, pijemy herbatę i jemy ciastka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)